21.12.2009 :: 00:20
Wieluń-Kraków, 7.06.2009;19.12.2009 (wstyd!)

Zamknięte, sezon 1 epizod 3

- Proszę! - drzwi wcale nie były zamknięte. Do tego „proszę” nie zabrzmiało ani z krztą hiszpańskiego, meksykańskiego, jakiegokolwiek akcentu. Słabe słowo, bardzo słabe, do tego marne powitanie.
- Dzień dobry! - powiedział pan Brown wchodząc do biura. Również się nie wysilał. Pomieszczenie było zaciemnione, światło wpadało przez małe, zabrudzone od smogu okna, a raczej lufciki przy suficie. Całe zawalone makulaturą – umowami, kwitami, magazynami porno i alternatywnymi książkami (byli nawet bitnicy!), do wszystkiego dochodziło parę kopców przeróżnych łachmanów. Na środku znajdowało się biurko z lampą bardziej wyglądającą, jakby została wczoraj ukradziona z sypialni w Hiltonie, niż poprawną biurową żarówką prosto z Ikei. A za tym wszystkim krzesło, na nim rzekomy sobowtór.
Nie wiem. - pomyślał detektyw i podrapał się po karku. Mężczyzna nie wyglądał jak Bernal, bardziej przypominał skrzyżowanie Dannego DeVito z Cillianem Murphym. Pulchny, lekko łysiejący, jednak z minimalnie za długimi włosami facet o skórze dziecka i twarzy idealnej do zostania ciotą w pobliskim więzieniu. Palił cienkiego papierosa, był zdecydowanie śmieszny, wręcz pokraczny (zauważył, że tworzy najdłuższy w swej historii opis postaci, po czym opanował się i zaprzestał).
- Wcale nie jesteś do niego podobny. - skwitował pan Brown
- Nieprawdaż? - jego głos perfekcyjnie nadawał się do reklamy YMCA (nowa płyta Placebo prezentuje się całkiem dobrze).
W ogóle to zapomnieliśmy o bardzo ważnym szczególe. Miasto nie powinno być bezimienne, akcja nigdy nie dzieje się gdzieś, tylko w konkretnym miejscu, na określonych ulicach (najpierw Joyce, później Marek Krajewski, ten drugi słabszy i mniej znany, dlatego trzeba go było napisać razem z imieniem). Miastem, w którym wszystko miało swój początek (i zapewne będzie miało tam zakończenie, z pana Browna żaden Indiana Jones) będzie to, z którym czytelnik czuje się najbardziej związany. Proszę, tutaj można wpisać nazwę (z wielkiej litery):
- Wracając do wątku, pan Brown przyszedł do mnie w jakiej sprawie?
- Skąd znasz moje nazwisko Bernal?
- Żeby ominąć te kilka linijek tekstu, w którym się sobie przedstawiamy. Do rzeczy.
- Poszukuję jej – tutaj pan Brown położył na biurku duże zdjęcie – i śmiem twierdzić, że byłeś ostatnią osobą, która miała z nią kontakt.
- Nie pamiętam jej. – przeciwnik wzruszył ramionami.
- Zaprzeczasz, że się z nią widziałeś?
- Nie, po prostu mówię, że jej nie pamiętam. Dużo klientów, słaba pamięć do twarzy, większa do kwot. Chociaż mam pełną dokumentację, podasz nazwisko, mogę powiedzieć, czy tu taka była.
Detektyw jak na konkursie dla pierwszoklasistów, dokładnie przeliterował godność poszukiwanej, by po chwili już uzyskać odpowiedź od dziwnie pomocnego sobowtóra meksykańskiego aktora.
- Rak płuc, dwa miesiące do zgonu od dnia sprzedaży, to jest dwa tygodnie temu.
- Rak? – pan Brown już wszystko rozumiał – to takie rzeczy w ogóle się sprzedają?
- Chciała Ebola, ale czekam na dostawę już pół roku i nic, fabryki lecą w kulki, strajki jakieś, rewolucje, więc zaproponowałem zamiennik. Nieźle miała nasrane w głowie, muszę to panu powiedzieć.
- Mówiła coś o dalszych planach?
- Nie, ale możliwości nie jest za wiele… Wie pan, szpitale też prowadzą ewidencję.
Obaj panowie zamienili jeszcze kilka nic nie znaczących zdań, po czym pożegnali się uściskiem dłoni. Nie dlatego, że zostali kolegami albo znajomymi, tak nakazuje po prostu dobre wychowanie. Gdy Brown wychodził z biura, na dworze było już ciemno. Tym razem księżyc naprawdę się uśmiechał. Na dworze (polu, zależnie od miejsca wydania) słychać było świerszcze i inne robactwo, a gdy podnosiło się głowę, nad księżycem pojawiała się jakby zorza polarna w kształcie nieludzkiej twarzy uśmiechającej się szyderczo. Pan Brown poczuł piszczenie w głowie, wziął więc to bardziej za anomalię neuronów niż coś, co widzieliby wszyscy. Ale to nie koniec. Poczuł się głodny i wszedł do pierwszego baru mlecznego, gdzie niepoprawna ilość mniejszości narodowych spożywała właśnie obiadokolację. W kolejce ktoś (identyfikacja osoby jest bez znaczenia) opluł mu książkę. Pan Brown w odwecie złapał pierwszego lepszego (akurat był rudy, tak chciał pech, albo inne dziadostwo) za włosy i przewrócił go ze stołka ciągnąc do wyjścia. Przy samych drzwiach puścił go i nie oglądając się za siebie, ruszył do internatu. W jego pokoju grupa ludzi majstrowała przy łóżku, było też paru wojskowych i kobiet. Pan Brown rzucił się na nich, zaczął szarpać i kopać, ale jak to zwykle bywa w walce z grupą ludzi, trafiał tylko powietrze. Schwytali go i unieruchomili, po czym zatwierdzili, że to tylko głupie dowcipy i jeśli nie zna się na żartach, mogą natychmiastowo przestać. Odeszli więc, łóżko wydawało się nietknięte. By ochłonąć postanowił skorzystać z prysznica. W łazience spotkał jedną z tych, które wydawały się nie traktować go protekcjonalnie.
- Dlaczego to robicie?
- Nie udawaj głupiego. – zachichotała (cziłała)
- Dlaczego, powiedz!
- Przecież wiesz doskonale.
- Co wiem doskonale?
- To właśnie przez ciebie generał Turek ma warunek.
Nie wiedział. Nie miał pojęcia co to oznacza, ale puścił ją. Wyszedł na zewnątrz. Przy bramie wyjściowej tłoczyła się grupa ludzi, których znał z baru mlecznego. Podszedł chcąc dopytać się o warunek generała, nikt nic nie wiedział, wtedy poczuł, że coś jest nie tak. Przewrócił się. Koniec odcinka już za chwilę, a on przecież miał swoje mieszkanie, nie miał pokoju w internacie, nigdy nie słyszał o generale Turku. Niepokój i poczucie niewiedzy było nie do zniesienia.
Muszę natychmiast wrócić do Bernala – pomyślał. Przynajmniej jednego był pewien: sobowtór nie mógł mieć czystego sumienia, inaczej pan Brown nie zacząłby odchodzić od zmysłów w minutę po opuszczeniu jego biura.
c.d.n.

Komentuj (1)

06.06.2009 :: 18:04
Zamknięte, sezon 1 epizod 2
Kraków, 25.05 – 03.06.2009
Spotkałam na mieście sobowtóra – wyglądał jak Gael García Bernal. Był Niemcem, dlatego opowiedział mi po niemiecku o latach swojego dzieciństwa. Pamiętał, jak na wakacje jeździł na wieś i biegał beztrosko po sadzie pełnym jabłoni. Gdy padał silny deszcz, niedojrzałe jeszcze jabłka spadały na ziemię i zaczynały gnić od wilgoci. Ten zapach zgniłych jabłek w powietrzu, zaraz po deszczu, jest najbardziej charakterystycznym wspomnieniem z lat młodości.
„Brednie” pomyślał pan  Brown, ale nie było wyjścia, jeśli chciał znaleźć jakiekolwiek wskazówki co do jej zniknięcia, musiał przebrnąć przez całego bloga (na szczęście my nie musimy, przeczytamy tylko co gorsze kawałki).
Kiedy jechałam tramwajem, na dworcu głównym weszła dziewczyna, usiadła na ostatnim miejscu i rozpłakała się. Miała jakieś 16-18 lat, duży, wypełniony plecak i płakała. Wycierała co chwilę nos w tą samą jednorazową chusteczkę szlochając bez przerwy. Przez całą drogę patrzyłam na nią i jej czerwone oczy. Do dziś mam wyrzuty sumienia.
To będzie ciężki kawałek chleba. Nawet, jeśli jakimś cudem udałoby się ją odnaleźć, trauma przebywania z nią na czas transportu do zleceniodawców może się okazać nieuleczalna. Ale nic to! Pan Brown miał na koncie już pierdyliard takich traum, niekoniecznie związanych z pracą, wręcz częściej z życiem wewnętrznym, toteż jedna więcej najwyżej zmieni wagę codziennej dawki antydepresantów o parę gram, bądź o parę setek wódki. Życie. Czytamy dalej:
Najgorsze jest to, że straciłam wszelkie punkty odniesienia, nie wiem już, na podstawie czego mam oceniać i być oceniana. Skoro słowa są puste, nawet te prawdziwe mogą z biegiem czasu zmienić się w kłamstwo, a to samo zachowanie reprezentowane przez dwie osoby może być interpretowane skrajnie różnie tylko ze względu na podejście do nich osoby oceniającej, nie ma złotego środka na bycie idealną. Tak bardzo bym chciała.
Tego było już za wiele i dla pana Browna, i dla czytelnika. Obaj wstali od ekranu komputera, wzięli z wieszaków szalik i parasol (na wszelki wypadek też) i wyszli z psem. Mieli psa, a co! Żadnego kotka mruczka ani chomika, rybki pozdychały, a Ben Affleck urwał się ze smyczy. Mieli psa, wykastrowanego biedaka, siwego prawie od urodzenia (najprawdopodobniej sierść straciła kolor w momencie, gdy Brown zabrał go po raz pierwszy na mieszkanie). Warto mieć psa, pomyślał detektyw. W razie globalnego kataklizmu będzie dobrym obrońcą, albo kotletem. W każdym razie, przyda się.
Tak rozmyślając i paląc jednego Camela za drugim (pan Brown wyliczył, że jako ekwiwalent jednego Red Apple musi wypalić trzy Camele) spotkał na ulicy znajomego. W nocnej aurze dialogi pisze się naprawdę ciężko i trudno dopasować słowa do klimatu, dlatego ograniczymy się do faktu, że rozmawiali o niczym i trochę o kwasie. Podobno jakiś nowy pojawił się na mieście (ach, co tam, zacytujmy):
- Ten kwas daje mi świadomość. Może czuję przez to, że jestem w większych kłopotach niż naprawdę, ale wolę to. Na trzeźwo czuję się przyćmiony, nie myślący racjonalnie, wyłączony. Chyba dlatego się go boję tak bardzo. - powiedział w mroku ulicy znajomy. Pan Brown się pożegnał. Wrócił wraz z psem i czytelnikiem do mieszkania, mając nadzieję, że w ostatniej notce znajdzie jakąś poszlakę (profeta!).
Spotkałam na mieście sobowtóra – wyglądał jak Gael García Bernal. Miał do zaoferowania nie tylko zgniłe jabłka.
„Pierwszy trop.” zgodził się ze swym wewnętrznym Watsonem pan Brown. Następnymi podjętymi krokami było wyszperanie w wyszukiwarce odpowiednio wysokiej jakości zdjęcia aktora i pójście spać. „Poszukiwaniami szabrownika trzeba będzie się zająć jutro.” stwierdził, a jego pies mu przytaknął.
Znalezienie sobowtóra nie było trudne, na forach szalone szesnastki rozpisywały się o tajemniczym osobniku mieszkającym na południu miasta, któremu oddałyby się za to, że wygląda. Pan Brown opuścił brwi, zrobiło mu się smutno, że sam nigdy tego nie zaznał. Na południu było brudno (wcale nie dlatego, że mieszkało tam dużo Włochów i Francuzów, czysty zbieg okoliczności). GGB (bo tak go oznaczył w swym notatniku pan Brown) miał swoje własne biuro, ale co w nim robi, wyszukiwarka nie potrafiła odpowiedzieć. Wyrażenie „enigmatyczne biuro” bardzo bolało detektywa. Znalazł je ulokowane w piwnicy starej kamienicy, miało metalowe drzwi i zasuwę. „Dzięki matce, że nie nazwała mnie Harry Angel” pomyślał pan Brown i ze strachem prawdziwego komputerowca oraz niepokojem wywodzącym się z szóstego zmysłu detektywistycznego zapukał do drzwi. Następny odcinek zapowiada się ciekawiej, pomyślał czytelnik.

Komentuj (0)

19.04.2009 :: 21:10
Zamknięte
Kraków, 25.03.2009
Nie odzywała się od dwóch tygodni. Żadnego nowego postu na wszystkich forach oraz zerowa aktywność na portalach społecznościowych oznaczała niewątpliwą internetową katatonię. Podobno ktoś ją widział w spożywczym, jednak w tym stwierdzeniu bolało słowo "podobno", które oznaczało nic więcej, jak brak wiarygodności. Możliwe całkiem, że popełniła samobójstwo (co wykluczał ostatni wpis na jej blogu), zastanawiali się też, czy nie nastąpił jakiś wypadek (twitter też o tym milczał). Zostawały więc dwie możliwości: albo trafiła do jakiegoś starego szpitala bez access pointa, albo wykupiła nowe konto w WoWie, nabija sobie levele i zapomniała o tym wcześniej wspomnieć. Najładniejsza kobieta (tak jest, to przypisanie szczegółu do postaci, żeby można było zapomnieć o identyfikowaniu się z nią) w sieci zniknęła.
Potrzebny był detektyw. (tuturutuuu! – pierwszy bohater)
Pan Brown wstał o dziesiątej. Doskwierający głód zlikwidował robiąc porządną kupę i żując przy tym gumę wyciągniętą z tylnej kieszeni spodni. Nie miała opakowania, cała była w paprochach, ale przy dużym kapciu w ustach nie czuć różnicy. Pan Brown wyszedł z łazienki, podrapał się po pośladkach i sprawdził maila. Było zlecenie (nie będziemy go przedstawiać, bo przecież już przed chwilą o nim napisaliśmy, domyślicie się, że te dwa akapity muszą być ze sobą jakoś połączone). Za to można przybliżyć zleceniodawców, którymi byli nic nie znaczący osobnicy z forów dyskusyjnych, którym brakowało kontaktu z jedyną kobietą, jaką znali. Zdecydowali się zrobić zrzutkę przez PayPala i zamówić detektywa. Raczej nie pojawią się już więcej w tej historii, chyba że martwi.
Pan Brown bał się. Miał stracha od wczorajszej nocy, gdy kładł się spać, jednak nie pomyślał nawet przez sekundę, że ten lęk mógł być spowodowany owym nowym zleceniem – przyjął je. Następnym elementem niezbędnym w planie dnia było wyjście po fajki. Tu następuje niemiła niespodzianka i zwrot akcji.
- Nie ma rjed appli.
- Nie ma Red Apple? (brytyjski akcent, czujesz to?)
- Nie ma, nie będzie. Nie produkują już, są Camele.
- Siana nie palę.
Bo tak jest zawsze. Jeśli kiedykolwiek udało mu się wyczołgać z grząskiego błota, w którym już od dłuższego czasu myślał, że przyjdzie mu zdechnąć, wstawał na nogi, otrzepywał się, wdychał łyk świeżego powietrza i lądował w jeszcze większym gównie, niż był do tej pory. To była mantra, beznadzieja raz opuszczona musiała wrócić zawsze, jak bumerang, jak „Dzień Świstaka”, choć wcale nie był podobny do Billa Murraya, a Andie MacDowell przecież ma wąsy. Nie uczył się na błędach, zawsze był tym zaskoczony, choć po sekundach zdziwienia przychodziła do głowy powyższa regułka. Wyciągnął papierosa, przyłożył do niego dłonie, jakby miał się od niego ogrzać, odpalił. Kupił Camele, nie miał wyboru przecież.
Kundera nie miał racji. Nie jest prawdą, że nie można niczego żałować, bo nie wiemy, co by się stało, gdybyśmy wybrali inną drogę. Istnieje pewność przy niektórych decyzjach, że gdyby wybierało się te drugie opcje, mielibyśmy więcej do zapamiętania (bo pamiętamy tylko dobre chwile, prawda?). Pan Brown nie pamiętał zbyt wiele, w każdym razie, kontynuując przemyślenia przy papierosie: Nieważne jest, czy to by zmieniło coś TERAZ, bo TERAZ jest po prostu, tylko WTEDY ma prawo być dobre bądź złe. I nic z tym nie zrobisz, możesz tylko o tym napisać, wypłakać terapeucie w kołnierz wąchając krochmal i przestać. Można zawsze też powiedzieć o relatywności osądu co do WTEDY, tylko będzie to jak pójść na kompromis przy zakupie samochodu i później mówić sobie, że ten droższy i ładniejszy jest bardziej awaryjny, więc dokonało się słusznego zakupu. Albo jak z papierosami. Kupił Camele, bo Red Apple nie było.
- Przestań - powiedział. A może to nawet była ona, tak czy siak, zachowajmy dla przyzwoitości bezpłciowość wypowiedzi.
Pan Brown wrócił do swojej norki, by rozpocząć poszukiwania w sieci. Zawsze początek śledztwa ma miejsce w Google, dopiero później trzeba przenosić akcję do reala. „Kto wie?” pomyślał, „Może za zarobioną kasę spłacę wszystkie zaległe alimenty, a i stworzę może powód do nowych?”. Tym optymistycznym akcentem zapraszamy na odcinek rozwijający (bo ten był wprowadzający), za miesiąc około.
c.d.n.

Komentuj (3)

13.03.2009 :: 21:53
bo
litania była
a strach i nuda
są jak sen o umieraniu
Komentuj (1)



[Księga gości]
Wyślij wiadomość

2010
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005



Dawca
created by uzalezniony 2006©
graphics by C.Howell & P.Design